poniedziałek, 8 lutego 2016

Kartka z Pamiętnika / Rozdział 4

Sekundy zamieniały się w minuty.
Minuty znikały pod postacią godzin.
Godziny chowały się przed dniem.
Dni musiały uciekać przed tygodniami.
Tygodnie ukrywały się przed miesiącami.
Miesiące dopadły lata.
20 czerwca dzień nieszczęsnego wypadku. Dzisiaj mija już dziesiąta rocznica, od kiedy stałem się popiołem. Rocznica, kiedy po paru dniach stałem się ptakiem, który powstał z prochu. Ochrzczony imieniem mógłbym być Feniksem, który powstał z żaru. Od teraz mogę być symbolem życia, które się odradza. Dzięki dobremu sercu pana Westa dalej mogę pomieszkiwać u niego. Czuję się tu jak w domu. Wreszcie mogłem powiedzieć, że znalazłem moje miejsce na Ziemi. Gdy pierwszy raz wszedłem na dziedziniec, który był przed domem zauważyłem naprzeciwko siebie ogromny dom. Nawet w snach nie wyobrażałem sobie takiego pałacu. Pomiędzy mną a domem stała fontanna. Onieśmielony szedłem wzdłuż ścieżki i rozglądałem się do około. Po prawej stronie można było zauważyć parking z nowymi samochodami, a po lewej były schody na dół, które prowadziły do basenów. Dom stał w oddali od miasta. Zamiast pisków opon wiosną było słychać śpiew ptaków. W środku, jak i na zewnątrz willa wyglądała na milion dolarów. Na dole znajdował się ogromny hol, który był wyłożony kafelkami. Ściany w holu były kremowe. Wchodząc , dalej zauważyłem ogromny salon, który był bardziej przytulny niż smutne korytarze. Na środku pokoju stał duży stół, a wokół stały sofy, aż chciało się usiąść. Na ścianach wisiał telewizor oraz zdjęcia. Obok kominka były schody, które prowadziły do górnej części domu. Na Pierwszym piętrze były sypialnie. Każda sypialnia była w innym stylu. Do każdej sypialni były dopasowane łazienki. W lewym skrzydle domu było królestwo Tomasa. Nikt nie mógł tam wchodzić. Miałem zostać kilka dni, a jestem już tu 10 lat. Tom wziął mnie pod swoje skrzydła i od początku traktował mnie jak swojego syna. Potrafił na każdym kroku mi to udowadniać. Gdy przychodziłem poobijany lub miałem delikatne siniaki, West stawał naprzeciwko mnie. W jego oczach można było zauważyć troskę i złość. Był to mężczyzna już nie taki młody. Na głowie pojawiały się srebrne włosy, jak i na brodzie. Zawsze był ubrany elegancko. Nigdy nie widziałem go w krótkich spodenkach lub w koszulce na ramiączkach. Pierwszym jego ulubionym pytaniem było to: „Co Ci się stało?", jeśli powiedziałem, że to tylko małe zadrapania i nic więcej on od razu bez wahania zadawał mi następne pytania,które uświadomiły mu, że zostałem pobity. „Gdzie mieszka? Która klasa? Jak wygląda?" Wiedziałem, że nie mogłem kłamać. Musiałem powiedzieć prawdę. Gdy już wszystko wytłumaczyłem "tacie" znikał z domu i wracał dopiero wieczorem lub wczesnym rankiem. W domu jednak nie byłem sam z Lolą. Najczęściej było tak, że zostawialiśmy pod opieką "wujków". Najczęściej byli to starsi mężczyźni około trzydziestego roku życia. Ich ulubionym strojem był czarny garnitur do tego czarna koszula. Pod marynarką mieli schowany pistolet małego kalibru. Wujkowie mieli za zadanie nas chronić. Mogli stracić nawet życie, ale i tak Toma obchodziło życie naszej rodziny. Lole traktowałem, jak przyjaciółkę, która w każdej sytuacji chciała mi pomóc. Gdy przychodziła do mnie czułem się źle i to ona pocieszała mnie. Przez te 10 lat widziałem, jak się zmienia. Z małej blondyneczki stawała się kobietą. Dla mnie jednak zawsze będzie dziewczynką. Jej niebieskie oczy mówiły prawdę. Pokazywały całą dusze. Zawsze mogłem spojrzeć w jej oczy i dowiedzieć się, o czym myśli. Charakter miała nie banalny. Zmieniał się jej razem z towarzystwem. Mogła być dobrą aktorką. Nigdy nie podobało mi się, jak przychodziła ze znajomymi. Była dla mnie wtedy taka oschła i wredna. Jednak, gdy zostawialiśmy sami i znów wracała do osoby, którą znałem na wylot.
--------------------------

3 dni później
Przechodząc głównym holem w domu, usłyszałem donośny głos Toma. Od chwili kiedy tu mieszkam, nigdy nie słyszałem, aby unosił tak głos. Musiało się coś stać. Coś, co wyrwało go z codzienności. Podbiegłem pod jego gabinet. Usłyszałem tylko urywki rozmowy "-Jak ty traktujesz ludzi? Co z Twoją Prawą ręką? Czy Lola się nada?" Tom tylko zdenerwowany odpowiadał na pytania. "Spokojnie wszystko jest pod kontrolą. Wyznaczyłem moją nową Prawą rękę. Lola przejdzie przez szkolenie" Usłyszawszy zbliżające się kroki i uciekłem za drzwi jak mały chłopiec. Przez chwile stałem bez ruchu. Jednak po chwili usłyszałem swoje imię.
-Alex wiem, że tam stoisz. Wejdź do gabinetu. To był Tom. Było słychać w jego głosie nutkę śmiechu. Wszedłem do gabinetu i na pierwszy rzut oka zauważyłem na biurku jakąś teczkę oraz szklanki do Whisky. Spojrzałem na Toma, a on pokazał mi, że mam usiąść. West zauważył, że usiadłem i zaczął monolog.
-Wiem, że słyszałeś "Rozmowę" moją z Jackiem. Chciałem i tak Cię zaprosić na rozmowę, no, ale jeśli już tak się stało, to teraz spróbuje wytłumaczyć Ci wszystko. -Ja słuchałem uważnie jego słów. Wiedziałem, że nie lubi, jak mu się przerywa.
-Oczywiście prowadzę własną firmę, ale nie dałbym rady dzięki niej żyć, jak teraz. Skorzystałem z możliwości, które się otworzyły przede mną. Kiedy znikałem w nocy, nie szedłem do baru, czy na dziwki. Po prostu poszedłem dopilnować "interesów". Chciałbym, abyś został moją Prawą Ręką. Jack prowadzi restaurację, którą chce Ci oddać. W dzień będziesz prowadzić legalną knajpę, ale w nocy będziesz gościł wpływowych ludzi, którzy nauczą Cię, jak funkcjonować.
Po tej rozmowie miałem mętlik w głowie. Nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Wiedziałem, że jestem dłużny Tomowi za pomoc. Po chwili odpowiedziałem.
-Dla Ciebie wszystko.

Rozdział 3

Leżę dalej pod pomnikiem i wzdycham.  Nie było sensu czekać na małą blondyneczkę. Jest dzieckiem, co ona mogła dla mnie zrobić? Leżąc, zastanawiam się, co bym robił teraz, gdyby nie ten nieszczęsny wypadek. Gdy już przysypiam, budzą mnie kroki. Nie chce za bardzo wstawać, ale w duchu coś mi mówi, że mam otworzyć oczy. Otwieram oczy i widzę młodego mężczyznę. Mężczyzna otulony jest kurtką i szalikiem. Spogląda na mnie z taką troską w oczach. Po chwili usłyszałem zachrypnięty głos.
-Młody człowieku słyszałem, że tu pomieszkujesz. Nie możesz przecież mieszkać na ulicy. Pan Lucke powiedział mi, że od dawna tak mieszkasz. -Jego troska w głosie jest zaskakująca.
Chce mu przeszkodzić i powiedzieć coś, ale on jest szybszy ode mnie. Nie powiem, denerwuje mnie to.
-Nie chcesz na parę dni zamieszkać u mnie? Moja córka Lola na pewno będzie szczęśliwa. Ja oczywiście też będę szczęśliwy. Spoglądam na niego i od razu nie wiem, co zrobić. Ktoś obcy, który tak naprawdę mnie nie zna, ale proponuje mi ciepło rodzinne. Nie dowierzam tych słów. Chce powiedzieć, że jest mi tu dobrze i przyzwyczaiłem się, ale nie potrafię kłamać.
-Pewnie jesteś głodny oraz zmęczony. Zapraszam do mnie.
Po chwili wahania wstaje, a mężczyzna od razu otula mnie swoją kurtką. Czuje coś, czego nie czułem od 2 lat. Nie wiem może to była nadzieja, którą czułem po wypadku kiedy powiedzieli mi, że tata jest w ciężkim stanie. Myślałem wtedy, że wyjdzie z tego. Teraz mam nadzieje na nowy początek. Czy słusznie? Sam nie wiem. Idąc w ciszy myślę nadal o tej nieszczęsnej nadziei. Zatrzymujemy się koło czarnego jeepa. Koło samochodu stoi mężczyzna, który ubrany jest bardzo elegancko. Nie wpadłbym, że on jest tylko kierowcą. Pan w garniturze otwiera mi właśnie drzwi. Mój wybawca usiadł z przodu, a ja siadam koło śpiącej małej blondyneczki, która uratowała mi życie. Przez chwile chce mi się płakać nie ze smutku, ale ze szczęścia, bo ktoś wyciągnął do mnie pomocną dłoń. Jedziemy cały czas w ciszy, ja spoglądam na mojego anioła, który jest schowany w małym ciele. To wlasnie jemu jestem dłużny do końca swoich dni. 

czwartek, 21 stycznia 2016

Rozdział 2


Gdy myślę o francuskiej restauracji, która jest w środku Nowego Orleanu. Przypominają mi się same dobre wspomnienia. Wiem, że jeśli będę czegoś potrzebował, czy to jedzenia, a nawet miłości rodzinnej to jej drzwi będą zawsze otwarte. Luce zastępuje mi rodzinę. Jak przychodziłem do jego restauracji i on siedział już na schodach. Od razu zaczynał mi opowiadać, jaka to jest ciężka praca właściciela takiego przedsiębiorstwa. Po jego historiach związanych z klientami nabieram większej chęci, aby mieć własną restaurację. Pamiętam jeden urywek rozmowy.

„- Posłuchaj Aleksie. Mieć własną restaurację to nie problem. Trzeba jeszcze mieć siłę, aby ją utrzymać. Pamiętam, gdy zacząłem raczkować w tym biznesie. Pewnego dnia przyszedł młody chłopak, był podobny do Ciebie, ale jednak wygrywał w randze najbardziej tajemniczych ludzi, jakich poznałem. Chciał tylko czarną kawę. Mijały tygodnie, a on wciąż przychodził. Dopiero po czasie dowiedziałem się prawdy. Młody chłopak o naiwnej twarzy tak naprawdę jest ogromnym pionkiem w tej grze. Gra ta może mieć wiele tytułów, ale jednym z nich jest ... - Tu się zatrzymał. Nie chciał mi powiedzieć, co to takiego. Wszystko mówił poważnym głosem. Nigdy nie widziałem go tak poważnego. Po chwili dalej prowadził monolog.
- Jego gra ciągnie się do tej pory i będzie się jeszcze ciągła przez wieki. Czasami tu przychodzi, ale jest już innym człowiekiem. Teraz można mówić do niego Ojciec Chrzestny Nowego orleanu. - Po tym już nic nie dodawał, tylko nagle się uśmiechnął. „Jednak teraz, gdy tak idę samemu ulicą, zauważam wszystko. Nie tylko ulicznych grajków, ale są też ludzie cierpiący oraz zakochane pary kołyszące się w nucie orleańskiej duszy. Rozglądam się po ulicy i widzę coraz nowsze restauracje i hotele. Za rogiem, gdzieś na uboczu stoi mała francuska z duszą restauracja, która zawsze jest dla mnie otwarta. Podchodzę do drzwi, chce je otworzyć, ale uprzedza mnie Lucka. Na jego twarzy widać zmęczenie. Wiele gości twierdzi, że on może mieć zaledwie 30 lat. Prawda jest jednak inna. Mężczyzna jest już grubo po 40. Jego ręce są pełne blizn i odparzeń. Wszystko to jest skutkiem jego ogromnej pracy. Jednak na jego twarzy zawsze pojawia się uśmiech. Spoglądam na niego i widzę, że na ręce trzyma tacę. Na kawałku plastiku stoi misa z zupą i płaski talerz z drugim daniem. Właściciel zawsze potrafi dogodzić mi, co do jedzenia.
- Alex wiedziałem, że przyjdziesz. Przygotowałem Ci na dzisiaj Gumblo oraz Jambalaye -Mówi to z takim ciepłem w głosie. - Oczywiście zrobione z moim wielkim serduszkiem. Specjalnie dla mojego ulubionego klienta.
- Dziękuje Panu. Nie wie Pan, ile to dla mnie znaczy. - na mojej twarzy pojawił się uśmiech, którego od dawna nie można było spotkać.
Siadam w ogrodzie. Mężczyzna klepie tylko mnie po ramieniu i idzie do swoich gości. Mógłbym zjeść posiłek, jak prawdziwa szycha, ale nie chcę. Jeszcze nadejdzie na to czas.
Dni mijają, a ja nadal kręcę się po tych głośnych uliczkach. Co chwilę słychać plotki o szczelaninie, czy o wielkich imprezach. Coraz częściej zastanawiam się nas tym, co zrobić, aby zarobić na siebie. Wielkim krokiem zbliża się zima. W ogrodzie robi się zimno. Gra na gitarze zawsze dobrze mi szło. Trzeba zacząć na tym zarabiać. Przeszukuję ogród i znajduję starą gitarę. Po chwili przypominam sobie, jak się gra. Zamykam oczy i każda włoska melodia, która przychodzi mi do głowy i zaczyna być grana. Oczy mam zamknięte dosłownie 5 minut. Gdy je otwieram, dostaję szoku. Wokół mnie pełno ludzi, którzy wywatują. Obok restauracji roi się od ludzi. Ku zdziwieniu jest pełno starszych osób, które przypominają sobie taniec młodości. Był on tak ognisty, jak ich serca. Wszyscy się bawią, jakby byli na festynie. Nawet mnie zaprasza mała dziewczynka do tańca. Tańczymy przez dłuższą chwilę w ciszy. Godziny mijają, a ludzie tańczą. Gdy już wszyscy się rozchodzą, pozostaje sam na skwerze restauracji. Tak mija kilka dni z mojego życia. Gdy śnieg przykrywa już ulicę. Nie wiem co robić. Zima miała być za miesiąc. Oszukali mnie. Zmarznięty siedzę przy pomniku naprzeciwko restauracji. Lucka wyjechał. Gdy przysypiam, przybiega do mnie mała dziewczynka. Ta sama, która ze mną jeszcze niedawno tańczyła ze mną. Jest młodsza o dwa lub trzy lata. Po chwili milczenia się odzywa.
- A Tobie nie jest tu zimno? Przecież śnieg jest zimny i on niego będziesz chory. W jej głosie słychać smutek i żal.
Lekko się uśmiecham z poirytowaniem, bo wiem, że jest za mała, by zrozumieć.
- No ja tu mieszkam. _ Odpowiadam ze smutkiem w oczach.
-A to poczekaj. Ja zaraz przyjdę.- Mówi to z taką radością w głosie. Nie ma sensu czekać na małą blondyneczkę. Otulam się własną bluzą i znów zamykam oczy.

sobota, 16 stycznia 2016

Rozdział Pierwszy


Rok mija, tamten rok miał być moim. A w tym mieście jestem anonimem. Miałem robić wielkie rzeczy, a zostały przy mnie tylko wspomnienia. Wspomnienia o cieple rodzinnym. Nie wiem już, co jest prawdą, a co wybrykiem mojej wyobraźni. Nie zamykam powiek, bo wtedy myślę, a gdy to robię, skradają się do mnie wspomnienia. Czuję się jakbym był młodym starcem, który ma bagaż doświadczeń. Przecież mam dopiero 10 lat. Nieszczęsne wspomnienia stają się morzem doświadczeń. Siedzę na zimnej szmacie w ogrodzie. Nie śpię trzy noce z rzędu i nie jest tak, że myślę o Tobie, ty nieszczęsna Pani przeszłość. Jedyna myśl na tę chwilę, która mi przychodzi to „Wynieść się tego szarego miejsca.". Boże, dlaczego mi to robisz? Ponoć każdy jest inny, a zarazem taki sam. Jedni zapisują swoje wspomnienia na ciele, a ja mam napisane wszystko w swych oczach. Te całe cierpienie i ból towarzyszący mi już od 2 lat. Przypominam sobie całą udrękę, która mi towarzyszyła przez ten czas. Widzę tylko wyrywanie mnie z rąk matki. Później zabieranie z Domu Dziecka do rodzin, które miały mnie pokochać, jednak każda się mną nudziła i oddawała mnie znów, jak nie chcianą zabawkę, jak psa do schroniska przed wakacjami, bo nie wiedzą, co mają z nim zrobić. Po 3 takich „wybrykach” już się przyzwyczaiłem. Jednak po 10 razie musiałem uciec. Wolę brudną szmatę w dżungli niż odrzucenie. Pomału przyzwyczajam się do tej pieprzonej samotności. Czasami zastanawiam się, że lepiej jakby mnie nie było. Siedzę w ogrodzie i zauważam, że robi się już szaro i ponuro, jak w moim młodym serduszku, które powinno dopiero rozkwitać. Ludzie znikają gdzieś za rogami budynków, chowają się przed burzą. Co ja mam poradzić? Gdzie mam się podziać? Po chwili widzę, że nie jestem sam w tej dżungli. Rozglądam się. Furtka od ogrodu jest otwarta. Podchodzi do mnie policjant, który troskliwie spogląda na mnie. Czuje, jakby on wiedział o całej mojej historii. Oczywiście! On to widzi w moich oczach.
- Chłopcze, czemu tu sam siedzisz? Przecież zaraz deszcz będzie padał. Zmykaj do domu. - Troskliwym głosem mówi do mnie policjant.
Coś mnie łapie za serce. To chyba jest żal. Tak to jest żal. Chce odpowiedzieć temu miłemu Panu, że to jest mój dom, ale pewnie zaraz wróciłbym do Domu Dziecka i wszystko działoby się od nowa. Biorę się w garść, patrze mu w oczy i odpowiadam.
- Dobrze proszę Pana, już idę. Pewnie moja mama już zrobiła mi pyszną kolację. - Ze smutkiem odpowiadam.
Mężczyzna się uśmiecha i idzie dalej. Rozglądam się, czy na pewno poszedł i szybkim krokiem kieruję się do altanki. Jest to jedyne miejscem z dachem. Głodny i zmęczony próbuję zasnąć, ale czuwam jak zając. Znowu słyszę szmery i nie mogę zasnąć. Ta altanka to ostatnie miejsce, gdzie mogę poczuć się, jak w domu. Gdy jeszcze rodzice żyli zawsze tu spędzaliśmy popołudnia i bawiliśmy się razem. Teraz pozostały mi tylko ich zdjęcia.
_______________
Zapraszam do komentowania :)

Prolog


20 czerwca 1991r. Nowy Orlean
Jeśli tu jesteś i przeczytałeś tą datę i miejsce to zostań tu.
Proszę zostań
Opowiem Ci moimi oczami historię życia, które ma wiele kolorów.
Rok temu leżałem jeszcze w szpitalu pytając cały czas pielęgniarek, sprzątaczek, czy też przypadkowych ludzi, gdzie są moi rodzice.
Nikt jednak nic nie chciał mi powiedzieć ...
Każdy twierdził, że nic nie wie.
Teraz siedzę w opuszczonym ogrodzie, gdzie wszystko przypomina dżunglę. Czuje się samotnie siedząc na skrawku brudnej szmacie. Jak pójdę gdzieś indziej to mnie znajdą i znowu mnie dadzą do tego pokoju, gdzie wszyscy będą się znęcać nade mną tymi pytaniami. Słysząc każdy cichy szmer, czy też krok budzi we mnie niepokój.

Opis

A na imię mi Aleksander - jest to historia młodego mężczyzny, który od początku będzie miał pod górę. Śmierć rodziców, czy też przymusowe bycie w nowo orleandzkim domu dziecka.  Jego duma nie pozwala mu zostać w tym ośrodku i ucieka. Nie myśli o tym, co ma być. Myśli teraźniejszością. Jednak, gdy już jest na wykończeniu i myśli, ze to jest jego koniec trafia na niego dziewczynka, która daje mu swoją pomoc. Jej ojciec ma już plany wobec niego. Czy to właśnie On zostanie spadkobiercą ogromnego imperium Tom'a, czy może chłopak będzie pionkiem w tej mafijnej grze. Może odegra większą rolę. Czy też dziewczyna zmieni swój tor życia? wszystko się okaże z biegiem czasu.